BME e60 touring

Oględziny samochodu przed kupnem — jak zrobić to dobrze?

Oględziny samochodu używanego – jak nie dać się ponieść emocjom?

Wycieczce po używany samochód zawsze towarzyszą emocje, którym nie wolno ulegać, żeby nie stracić niepotrzebnie pieniędzy. Ofert samochodów używanych jest pełno i mimo, że regularnie ich jakość poprawia się, wciąż nie brakuje pojazdów z ukrytymi wadami i zatajoną przeszłością. Co gorsza – nie zawsze zależy to od ceny. Na minę można trafić zarówno, wydając 15, jak i 100 tys. zł. Konsekwencje będą tak samo bolesne. Przed każdym wyjazdem polecamy zakup raportu VIN. Dzięki temu unikniesz wielu niepotrzebnych podróży i zaoszczędzisz sporo pieniędzy i nerwów.

Aby pomóc Ci w oględzinach, przygotowaliśmy krótki poradnik, który pozwoli Ci wstępnie ocenić stan interesującego Cię pojazdu. Pamiętaj też, że jeśli nie czujesz się na siłach, zawsze możesz zlecić takie oględziny zespołowi sprawdzhistorie.pl!

1. Na oględziny samochodu udaj się z kimś zaufanym. Dzięki obecności drugiej osoby rośnie szansa na wychwycenie większej ilości potencjalnych usterek. Chodzi przede wszystkim o to, żeby na samochód spojrzał ktoś z zewnątrz. Kupując samochód, jesteśmy często mniej lub bardziej podekscytowani i łatwo możemy przegapić istotne kwestie. Trzech członków takiej „wycieczki” to jednak maksimum, gdyż większe grono może z powodzeniem nie pomóc, a rozproszyć uwagę.

2. Pamiętaj, żeby na oglądanie samochodu umawiać się w trakcie dnia. Po przyjeździe zapytaj, czy masz do czynienia z właścicielem pojazdu, dlaczego zdecydował się go sprzedać, jak długo jeździł danym egzemplarzem i co o nim wie. To już pozwoli Ci się zorientować, czy nie masz czasem do czynienia z handlarzem, który tylko udaje prywatnego sprzedającego.

3. Oględziny zawsze zaczynaj od obejrzenia z pewnej odległości karoserii samochodu. Sprawdź, czy odcień lakieru zgadza się na wszystkich elementach (zderzaki czasem mogą być nieco ciemniejsze lub jaśniejsze od reszty elementów – zwłaszcza w starszych pojazdach), czy szczeliny są równe, jak wygląda spasowanie poszczególnych elementów, np. czy szpara miedzy maską, reflektorem i zderzakiem jest takiej samej szerokości z jednej i z drugiej strony.

4. W następnej kolejności warto przyjrzeć się bliżej samochodowi używanemu. To jest moment na sprawdzenie dat produkcji poszczególnych szyb, rys, wgnieceń, ubytków. Pamiętaj, żeby nie skreślać od razu samochodu, który ma kilka wgnieceń i rysek. To naturalne następstwa eksploatacji, zwłaszcza w dużych i zatłoczonych miastach. Na pocieszenie dodam, że często auta wprost z salonu nadają się do polerki.

5. Podczas oględzin staraj się zajrzeć pod uszczelki, maskownice, błotniki – tak, aby dokładnie się przekonać, czy nie ma nigdzie drugiej warstwy świeżo położonego lakieru i czy nagle nie okaże się, że na naszych palcach widać rdzawy osad, który z zewnątrz jest jeszcze niewidoczny. Warto też wtedy zwrócić uwagę na grubość bieżnika i stan opon oraz felg. Jeśli masz miernik lakieru, zrób z niego pożytek. Pamiętaj jednak, by robić pomiary dokładnie. 3 pomiary na cały samochód i stwierdzenie: „auto bezwypadkowe”, lub znalezienie jednego miejsca z drugą warstwą lakieru i konkluzja: „bity”, to tylko narażanie się na cichy śmiech sprzedającego. Wzbudzimy w nim politowanie, albo złość i nic z transakcji nie wyjdzie.

6. Oględziny komory silnika – tutaj również oglądaj wszelkie śruby, naklejki, szukamy wycieków, patrz na stan pasków osprzętu. Obecnie większość modeli ma dużą plastikową osłonę, którą obowiązkowo trzeba zdjąć przed takim sprawdzeniem. Na reflektorach często można znaleźć datę produkcji oraz producenta.

7. Wnętrze i bagażnik – pamiętaj, żeby zawsze dokładnie obejrzeć podłogę bagażnika pod kątem wilgoci, korozji, śladów ewentualnych napraw oraz wnętrze. Niestety ocenienie wiarygodności przebiegu pod kątem jego zużycia może być bardzo mylące. Grubsza osoba, jeżdżąca po mieście zmasakruje kubełkowy fotel przez 100 tyś km bardziej, niż szczupła robiąc 500. Podobnie z tapicerką. W samochodach Renault pęknięcie skóry na fotelu kierowcy pojawia się już po około 50 tyś. W Mercedesie znów po 500 tyś. Takich przykładów jest mnóstwo, dlatego zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek.

8. Odpalenie silnika i jazda próbna – nie upieraj się na jazdę za kierownicą. Jesteś obcą osobą i sprzedający ma prawo nie pozwolić Ci poprowadzić. Jeśli jednak odmówi jazdy próbnej nawet na fotelu pasażera, odpuść. Szkoda czasu. W trakcie jazdy wyłącz radio i sprawdź, czy z zawieszenia nie wydobywają się podejrzane stuki, czy nic nie piszczy, wyje, zweryfikuj działanie klimatyzacji. Możesz poprosić właściciela, by kilka razy dynamicznie przyspieszył, wyhamował mocniej, czy przejechał po drodze z wybojami. Jeśli nie ma nic do ukrycia, na pewno się zgodzi.

9. Wizyta w stacji diagnostycznej lub u mechanika – jeśli nie czujesz się na siłach, by samodzielnie ocenić dokładnie stan techniczny samochodu, udaj się do mechanika bądź stacji kontroli pojazdów i tam pozwól przejrzeć samochód specjaliście. W obecnych czasach warto sprawdzić skład spalin!

10. Sprawdzenie dokumentacji, potwierdzenie numer VIN i transakcja – jeśli wszystko się zgadza i jest się zdecydowanym, można podpisać umowę i cieszyć się z nowego nabytku. Pamiętaj, by nigdy nie zgadzać się na zaniżanie wartości sprzedaży. W przypadku zakupu od osoby prywatnej koniecznie jest zapłacenie podatku PCC w wysokości 2% od wartości wpisanej na umowie.

Macie jakieś pytania? Zajrzyjcie na naszego Facebooka, zawsze chętnie Wam pomożemy!


Honda Accord VI Type R

Honda Accord Type-R — namiastka rajdówki wprost z WTCC

Honda Accord to samochód znany właściwie na całym świecie. Kupują go z reguły starsi panowie, sprzedają coraz młodszym, jedni o nie dbają lepiej, inni gorzej, część montuje gaz i upala je do upadłego, a one wciąż jeżdżą. Poza tym Honda jakoś powszechnie kojarzona jest z motosportem, chociaż ja nie do końca wiem dlaczego. Większość z nich robi dużo hałasu, a objeżdża je co drugi zachipowany Superb. Może to jest odpowiedź na pytanie, dlaczego w całej historii powstał tylko jeden Accord Type R?

Honda Accord VI Type R
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Norbert

Generacja VI była pierwszą produkowaną w fabryce w Wielkiej Brytanii. Nie była jakąś rewolucyjną konstrukcją, zwłaszcza w odniesieniu do poprzedniczki. Wyglądała dużo nowocześniej i lżej, miała bogate wyposażenie (zdarzały się wersje z kolorową nawigacją, nagłośnieniem BOSE i automatyczną klimą) i dobrze się prowadziła. Po latach oczywiście wyszły klasyczne problemy chociażby z rdzą, sondami lambda, czy dieslem produkcji Rovera, do którego brakowało części.

Benzynowe silniki (poza 1.6) miały standardowo system V-TEC, spalały stosunkowo niewielkie ilości paliwa (tym razem poza 2.3) i pozwalały na w miarę sprawne przemieszczanie się. Co ważne, okazały się bardzo niezawodne i mimo lat, i sporych przebiegów, wciąż napędzają te leciwe dość samochody. W całej gamie znalazł się jednak jeden rodzynek: motor o pojemności 2.2 litra serii H22 A7 z ostrymi wałkami rozrządu, osiągający 212 KM przy 7200 obr/min, i maksymalnym momencie obrotowym równym 215 Nm przy 6700 obr./min. Co ciekawe 180 Nm osiągane było już przy 2000 obr./min chociaż oczywiście najlepsze wrażenie silnik sprawiał po przekroczeniu 5000 obr/min.
Taki Accord przyspieszał do setki w 7,2 sekundy i rozpędzał się do 230 km/h. Jeśli jednak myślicie, że była to po prostu szybsza wersja zwykłego sedana, to jesteście w dużym błędzie.

Używany Accord Type-R to nie jest sportowy, rodzinny sedan.

Accord Type R to tak naprawdę zupełnie inny samochód i nie można go traktować w takich samych kategoriach jak późniejsze wersje Type S. To rodzaj drogowej rajdówki zamkniętej w nadwoziu czterodrzwiowej limuzyny. Konkurent dla Mondeo ST200 i Vectry i500, ale o wiele bardziej bezkompromisowy. Tam nie ma mowy o zastosowaniu jakichkolwiek półśrodków. Inżynierowie Hondy postawili na sport i zmaksymalizowanie przyjemności z jazdy dla kierowcy. Plus ewentualnie jednego pasażera. Dlatego w środku znajdziemy dwa prawdziwie kubełkowe fotele Recaro, białe zegary, nieco inną kierownicę oraz… mniejszą ilość wygłuszeń i korbotronik w tylnych drzwiach. Wszystko to, jak również brak belki wzmacniającej tylnej, pozwoliło na to, by gotowy do jazdy samochód ważył nadal tyle co zwykła dwulitrówka, czyli równe 1305 kg. Nie ma również opcji złożenia kanapy.  Samochód jest wyraźnie sztywniejszy, ma inne amortyzatory, krótsze sprężyny i grubsze stabilizatory. Na przedniej osi zastosowano dwutłoczkowe hamulce. Dzięki temu samochód prowadzi się o wiele stabilniej i prawie nie wykazuje oznak podsterowności, często charakterystycznej dla mocnych przednionapędówek.

Spojler? Tak, ale nie zawsze.

Honda Accord Type R tył
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Norbert

Z zewnątrz oryginalnego Accorda Type-R najłatwiej rozpoznać po zmienionym przednim zderzaku, grillu w kształcie plastra miodu z oznaczeniem Type-R, a przede wszystkim po dwóch końcówkach wydechu i konkretnym spojlerze na tylnej klapie. Tak, taki spojler jak na zdjęciu to oryginał i właśnie tak powinien wyglądać tył Accorda Type-R. Ja wiem, że zaraz podniesie się szum, że to wiocha i wstyd w XXI wieku z taką deską do prasowania jeździć po większym mieście, ale mam to gdzieś. To moje rybki i moje akwarium, i za ten pretensjonalny spojler właśnie Honda dostaje dużego plusa. Tu to po prostu pasuje i koniec. Co ważne, tylko i wyłącznie w wersji Type-R oferowane były ksenonowe reflektory ze spryskiwaczami. Także szukanie cywilnej wersji z takim dodatkiem nie ma sensu. Nie znajdziecie i już.

Czy Accord Type-R rdzewieje jak każda inna Honda?

Honda Accord Type R środe
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor Norbert

Tak i zajmuje jej to mniej czasu niż Wam znalezienie miejsca u lakiernika porządnie robiącego konserwację podwozia. Słabe, wiem ;). Swoją drogą to straszne, że tak trudno znaleźć kogoś świadczącego takie usługi, kto nie robi tego na odczep się. O Accorda Type R trzeba dbać i to bardzo. Rdzewieją w nim drzwi, podłoga, progi, tylne nadkola i przewody hamulcowe. Ponadto trzeba uważać na powszechnie znany problem wypadających, dolnych sworzni z wahaczy.

Silnik jest bardzo trwały, ale nie znosi zaniedbań i nie wybacza jakichkolwiek oszczędności. Jeśli kupicie zaniedbanego złoma to silnik będzie brał olej i prędzej czy później zacznie się przegrzewać co może poskutokować nawet pęknięciem bloku. Warto regularnie czyścić przepustnicę i kontrolować uszczelkę zaworu VTEC. Awarie sondy lambda to raczej rzadkość, ale zdarzają się. Pamiętajmy, że część z tych samochodów ma ponad 20 lat. Rozrząd napędzany jest paskiem i trzeba go regularnie wymieniać. O innych czynnościach serwisowych, jak inwestowanie w dobry olej, wymiana go co maksymalnie (!) 10 tyś km i regulowanie luzów zaworowych nie wspominam. Na koniec skrzynia biegów – trwała konstrukcja, ale nie posiadająca podwójnych synchronizatorów. Przy jeździe próbnej koniecznie sprawdźcie, czy przy dynamicznej zmianie nie słychać jakiś zgrzytów.

Czy warto kupić Accorda Type-R?

Tak! Zdecydowanie! Pod warunkiem, że jesteście Hondziarzami, lubicie wysoko kręcące się silniki wolnossące i akceptujecie to, że w sedanie klasy średniej będzie głośno i sztywno. Zadbany egzemplarz na pewno nie będzie już tanieć. Owszem, części nie będą tanie, średnie spalanie mniejsze niż 10l/100 jest nie do uzyskania i na daily raczej nie będę Wam go polecał, ale jako auto hobbystyczne jak najbardziej. Dostarczy Wam jeszcze na pewno mnóstwo czysto mechanicznej przyjemności z jazdy.
Ile trzeba przeznaczyć na takiego Accorda? Obecnie w Polsce dostępne są dwa egzemplarze za 16 i 21 tyś zł. Tańszy ma LPG i przebieg 387 000 km. Nawet jeśli już jest po remoncie, to ponad 9 razy okrążył Ziemię na odcince i nadal jeździ, a to najlepsza rekomendacja do zakupu.
Pamiętajcie, żeby zawsze przed zakupem sprawdzić, czy to oryginalny Type-R!


Honda CR-Z

Używana Honda CR-Z — ofiara legendy CRX-a

Hondę CRX zna każdy fan motoryzacji. Przez wiele lat, nawet po zakończeniu jej produkcji, stawiano ją za wzór małego, lekkiego coupe, które zadbane wciąż daje mnóstwo czysto fizycznej  i mechanicznej przyjemności z jazdy. W 2010 roku Honda postanowiła wrócić do zapomnianej nieco koncepcji i niestety nie poszło jej to najlepiej.

Następczyni CRX-a w wersji produkcyjnej o nazwie CR-Z zadebiutowała na targach w Detroit i trzeba przyznać, że wyglądała nieźle. Ba, do tej pory za Hondą CR-Z można odwrócić wzrok, gdyż jest to mimo 6-cio letniego stażu produkcyjnego samochód bardzo rzadki. Dynamiczna linia nadwozia, charakterystyczne klinowate przetłoczenia i zadziorny tył powodowały, że auto wyglądało świeżo i oryginalnie. W 2020 roku CR-Z wyróżnia się chyba jeszcze bardziej. UE skutecznie zniechęca producentów do tworzenia małych ekonomicznych samochodów, a wszędzie wokół jeżdżą SUV-y. Mimo legendy poprzednika i ciepłego przyjęcia samochód nie osiągnął sukcesu. Dlaczego? Według mnie Honda popełniła pewien niewielki, ale istotny błąd.

Honda CR-Z
Zdjęcie z otomoto.pl
Auto Krysztof

Honda CR-Z — dane techniczne lepiej przemilczeć..

Projektując model CR-Z, twórcy chcieli podobno, aby ich nowy produkt prowadził się jak Mini, oferował komfort VW Scirocco, a przyjemnością z jazdy dorównywał Lotusowi Elise. Dlaczego więc wzięli silnik z Hondy Jazz i skrócone podwozie ekologicznej Hondy Insight? Nie wiem, chociaż się domyślam – na końcu i tak hajs musi się zgadzać. Tak czy inaczej, do napędu sportowego coupe zastosowano benzynowy silnik 1.5 o mocy… 114 KM i maksymalnym momencie 145 Nm wraz z wspomagającym go silnikiem elektrycznym o mocy 13,6 KM i momencie obrotowym 78 Nm. Ponieważ maksymalna moc obydwu silników jest osiągana przy różnych obrotach (w elektrycznym to już 1000 obr/min), arytmetyczne dodawanie wartości, aby uzyskać sumaryczną moc końcową, jest niemożliwe. Dlatego pełna moc układu to 124 KM i 174 Nm. (Po lifcie z 2012 roku moc wzrosła do 137 KM i 190 Nm).
Jak się pewnie domyślacie, mimo masy około 1170 kg samochód nie był demonem szybkości. Czas, w jakim rozpędzał się od 0-100 km/h zajmował odpowiednio 9,9 lub 9.0 sekund. Prędkość maksymalna nie przekraczała 200 km/h. Tak dla porównania Honda Civic VIII z 1.8 pod maską rozpędzała się do 100 w 8,9 sekundy😉. Osiągi tego samochodu to był nieśmieszny żart i zupełnie nie pasował do sportowego image’u. Honda mogła wyprzedzić czasy i konkurentów, ale poległa. Powody porażki rozpisałem w kilku punktach. Wynagrodzenia za tę pouczającą analizę zarząd Hondy może kierować na numer konta: 45 003….

1. W 2010 roku UE gorąco zachęcała nas do zakupów diesli i były one wciąż bardzo popularne nie tylko w samochodach typowych, ale także takich typu coupe, a nawet kabrioletach. Konkurencja dla CR-Z właściwie nie istniała, a klienci woleli coś bardziej praktycznego i kierowali się do salonów VW, czy Renault po ich trzydrzwiowe kompakty. Dobrze wyglądały, miały mocne diesle, które były niemniej ekologiczne od Hondy, a spalały mniej paliwa. W dodatku były często tak samo szybkie, a po gwarancji można je było śmiało chipować.

2. Prezentowanie CR-Z jako samochodu typu 2+2. Nie wiem, co podkusiło Japończyków, żeby w Europie CR-Z oferować jako czteromiejscowy samochód. Do tyłu nie zmieści się nikt poza małym dzieckiem, które pewnie powinno mieć i tak pod pupą fotelik. Na USA i Kanadę samochód miał 2 miejsca i większy bagażnik.

3. Źle pomyślana koncepcja ekologicznego samochodu sportowego. Brzmi jak paradoks, a mogła zadziałać. McLaren P1 jest hybrydą i co? Ktoś powie, że nie potrafi być ekologiczny w mieście albo jest za mało sportowy? Jeremy Clarkson udowadniał skutecznie, że to genialny supersamochód. Honda mogła zrobić jego namiastkę, ale poszła złą drogą. Honda CR-Z spalała więcej paliwa niż Prius, a przyspieszała niewiele lepiej. Emisja CO2 była porównywalna z dieslami konkurencji, które były szybsze i spalały mniej paliwa. Gdzie logika w pakowaniu słabego 1.5 z Jazza do następcy CR-X?

4. Zbyt późna reakcja na słabą sprzedaż. CR-Z od początku nie sprzedawał się najlepiej. Lifting mu nie pomógł, a wersje wzmocnione i z kompresorem oferowane były jedynie pod koniec produkcji na rynek USA.

5. Mizerne osiągi oraz brak charakterystycznego dla Hondy wysokoobrotowego charakteru. VTEC w silniku 1.5 działa trochę jak w Civicu Type R IX i X generacji. Tyle tylko, że one mają turbosprężarki. Ten w CR-Z nie miał i kręcił się do 6500 obr/min.

Honda CR-Z używane
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor Krzysztof

Hybryda ze skrzynią manualną. Tak to możliwe.

CR-Z mimo, iż jest hybrydą w standardzie wyposażony był w manualną, bardzo precyzyjną skrzynię biegów. Napęd przenoszony był na przednią oś, zawieszenie oparto na kolumnach MacPhersona wykonanych z kutego aluminium oraz amortyzatorach gazowych. Gdyby umieszczono w nim mocniejszy silnik benzynowy połączony z elektrycznym, taka kombinacja mogła mieć faktycznie szanse na sukces.

Prowadzenie Hondy CR-Z nie porywa, ale jest poprawne. Co więcej, przez umieszczenie akumulatorów pod podłogą bagażnika przy ujmowaniu gazu w zakręcie tył łapie przyjemny balans i daje się łatwo wyprowadzić. Mimo pojemności jedynie 1.5 l silnik brzmi dość ciekawie, a w środku standardowo dla Hondy jest dość głośnio. Do wyboru są 3 tryby jazdy – SPORT/NORMAL/ECON i jedynie ten pierwszy ma sens. NORMAL i ECON spowalniają reakcję przepustnicy, zwiększają siłę wspomagania, a nawet w przypadku ostatniego zmieniają wydajność układu klimatyzacji.

Do plusów na pewno należy zaliczyć bardzo niską pozycję za kierownicą, dobre wyposażenie seryjne i całkiem wygodne fotele. Deska rozdzielcza jest zaprojektowana ciekawie, wciąż wygląda nowocześnie i mimo lat nie zużywa się. Materiały użyte do wykończenia czasem zatrzeszczą, ale poza klamkami wykazują się wysoką trwałością.

Honda CR-Z środek
Zdjęcie z otomoto.pl
Auto Aleksandra

Honda CR-Z – dla kogo?

Przede wszystkim dla ludzi, którzy chcą się wyróżnić z tłumu. Według mnie to świetna propozycja na pierwszy samochód dla młodej osoby za około 25 tyś zł. Po pierwsze ta Honda się nie psuje i wytrzyma nieskończoną ilość katowania do odcięcia spod świateł. Ponieważ jednak za kierownicą CR-Z przegramy każdy pojedynek, szybko z takiego traktowania CR-Z zrezygnujemy i zajmiemy się oglądaniem grafik eco-listków na ekranie. Po drugie wszelkie zapędy świeżo upieczonego kierowcy do bycia drugim Kubicą zostaną momentalnie ukrócone, bo jak wspomniałem dynamika tej Hondy pozostawia wiele do życzenia. Po trzecie jest tania w eksploatacji, bo nie spala dużych ilości paliwa i nie ma obaw, że trzeba będzie wymienić w niej dwumas, turbo albo wtryski. Po czwarte nadal jest modne bo ekologiczne. W końcu po piąte i ostatnie – fajnie wygląda, a dzięki kompaktowym wymiarom zmieści się nawet na ciasnych uliczkach dużych miast.

Dlatego, jeśli nie musisz zawsze być pierwszy/pierwszą na kolejnych światłach i szukasz małego coupe, zerknij w stronę Hondy CR-Z. Sprawdź historię wybranego egzemplarza i ciesz się nietuzinkowym samochodem z rozwiązaniami niemal jak z McLarena 😉


Sprawdzanie vin

Co zawiera raport VIN sprawdzhistorie.pl i dlaczego warto z niego skorzystać?

Historia używanego samochodu, jeśli nie jest on odkupiony od najbliższej rodziny, to właściwie zawsze zagadka. Prawdę mówiąc, czasem kupując nowe auto, może się okazać, że nie jest ono w całkowicie fabrycznym stanie. Sprawdzonym sposobem na uchronienie się przed oszustwem jest sprawdzenie historii VIN poprzez VIN dekoder sprawdzhistorie.pl

Na stronie sprawdzhistorie.pl znajduje się darmowy VIN dekoder, którego użycie pozwala na sprawdzenie podstawowych informacji o danym samochodzie oraz danych, które są dostępne są po wykupieniu pełnego raportu.

Podstawowy raport VIN zawiera między innymi takie informacje jak:

  • Pełne fabryczne wyposażenie pojazdu

Porównanie wyposażenia, z jakim samochód opuścił fabrykę, może być cenną wskazówką już w trakcie oglądania ogłoszenia na stronach internetowych. Niezgodna konfiguracja w postaci braku części wyposażenia, takiego jak np. lampy halogenowe zamiast ksenonowych lub LED, brak spryskiwaczy, halogenów, szyberdachu czy wbudowanego haka, mogą sugerować wypadkową historię pojazdu. Czasem zdarza się też, że powypadkowe pojazdy mają założone jedynie zaślepki spryskiwaczy reflektorów bądź przycisk do składnia lusterek, który nie spełnia żadnej funkcji. Takie działania obniżają oczywiście koszt napraw i zwiększają zysk sprzedającego. Warto również porównać czy system audio lub nawigacji odpowiada temu zamontowanemu w fabryce. Pamiętajmy, że brak spryskiwaczy reflektorów ksenonowych to powód do zatrzymania dowodu rejestracyjnego!

  • Wyciąg z bazy pojazdów skradzionych

Mimo, że czasy, w których dziennie z ulic polskich miast znikało po kilkaset sztuk samochodów już dawno minęły, to na rynku wciąż zdarzają się kradzione samochody. Wystarczy zobaczyć, ile spalonych lub totalnie zniszczonych wraków wciąż wystawionych jest na sprzedaż. Dlaczego nie jest to złom? Chodzi tu po prostu o pseudolegalny handel dokumentami. Przestrzegamy!
Zakup takiego auta to ogromne ryzyko. W przypadku wykrycia narażamy się na problemy z prawem, zarekwirowanie mienia oraz utratę pieniędzy! Dlatego sprawdzenie autentyczności dokumentów legalności pojazdu i jego statusu w bazach danych skradzionych samochodów może okazać się zbawienne.

  • Historia pojazdu i przebiegów odnotowanych w serwisach i na przeglądach technicznych

Cofanie liczników jest obecnie w Polsce, podobnie jak w Niemczech, nielegalne. Niestety nasze przepisy wciąż są niedoskonałe, a udowodnienie korekcji licznika – nie takie proste. Nie ma badań potwierdzających, jaki procent pojazdów ma zaniżony przebieg, ale w Polsce na pewno jest on ogromny. Proceder ten niestety również jest popularny na zachodzie! VIN dekoder sprawdź historie zawiera wpisy historii przebiegów zapisanych podczas poszczególnych badań technicznych i wizyt w serwisach. Dzięki temu możemy zweryfikować prawdziwość wskazań licznika.

  • Historia wypadkowa

Mnóstwo samochodów sprowadzanych do Polski z Niemiec, Holandii, Belgii, a zwłaszcza z Szwajcarii i Francji jest mniej lub bardziej uszkodzonych. Większość wypadków jest odnotowywana i informacje o nich znajdują się w raportach VIN sprawdzhistorie. Dzięki temu można sprawdzić, jak duże były szkody i ile ich wystąpiło. To na pewno pomoże podczas ewentualnych oględzin lub pozwoli uniknąć zakupu wraku, który po szkodzie całkowitej został uzdatniony do jazdy wbrew zasadom bezpieczeństwa.

  • Informacja o przeznaczeniu pojazdu

Często samochody używane w okazyjnych cenach to przerobione taksówki, samochody po nauce jazdy lub wykorzystywane w wypożyczalniach. Ich zaletą jest najczęściej regularny serwis, ale wadą może być bardzo duży przebieg oraz eksploatacja w niesprzyjających warunkach takich jak, np. ciągła jazda miejska. W dodatku samochody odkupione z wypożyczalni najczęściej są w kiepskim stanie technicznym i wizualnym. Także informacje o tym, w jakim charakterze wykorzystywany był dany pojazd, znajdziecie w naszym raporcie VIN.

  • Zdjęcia pojazdu

Niestety nie zawsze są one dostępne. Pozwalają jednak zobaczyć, jak dany samochód wyglądał kilka lat wcześniej, gdy sprzedawał go jakiś dealer, firma ubezpieczeniowa bądź osoba prywatna. Również często można spotkać fotografie uszkodzeń samochodu po wypadku bądź stłuczce. Dzięki temu otrzymamy pełne spektrum tego, jak zmieniał się wygląd samochodu na przestrzeni lat w porównaniu do obecnego stanu.

Korzystając z usług VIN dekodera, unikniesz wpadki i nie kupisz samochodu z ukrytymi wadami. Na sprawdzhistorie.pl odpowiadamy na wszelkie pytania dotyczące konkretnego pojazdu wystawionego na sprzedaż. Sprawdź możliwości VIN dekodera sprawdzhistorie już dziś!


jaguar_xj

Jak kupować samochód używany? Dlaczego zawsze warto sprawdzić numer VIN?

Decydując się na kupno samochodu używanego, warto trzymać się kilku podstawowych zasad. Jedną z nich jest skorzystanie z VIN Dekodera, ale o tym w dalszej części. Poniżej wszystkie najważniejsze wskazówki.

  1. Nie spiesz się!

Oczywiście, jeśli szukamy auta na dojazdy do pracy i chcemy wydać na nie 3000 zł, to wówczas czas nie ma znaczenia. Chodzi o to, żeby samochód jeździł, skręcał, trąbił, hamował, miał podbity przegląd i, jeśli to możliwe – całą podłogę i elementy konstrukcyjne. Skupmy się jednak na przypadku, gdy poszukujemy samochodu dla siebie, na dłużej, o który chcemy dbać i na który przez jakiś czas odkładaliśmy ciężko zarobione pieniądze. Nie ma znaczenia w jakiej kwocie. Tu najgorszym doradcą może być czas. Nie warto się spieszyć! Wyznaczmy sobie maksymalny budżet, odłóżmy nieco na ubezpieczenie czy podstawowy serwis i rozpocznijmy poszukiwania. Nie polecam samotnych wycieczek z gotówką w kieszeni po okolicznych komisach i handlarzach. Zakupom zawsze towarzyszą emocje, a one czasem potrafią przyćmić zdrowy rozsądek.

  1. Włącz filtry i obserwuj

Na większości portali internetowych z ogłoszeniami można ustawić i zapisać specjalne filtry, które będą informowały nas o nowych ogłoszeniach spełniających nasze wymagania. Jeśli szukamy konkretnego modelu, to warto zawęzić krąg o samochody z odpowiednich roczników, z silnikami, które nas interesują, zaznaczyć opcje o bezwypadkowości czy pochodzeniu z polskiego salonu. Jeśli natomiast nie wiemy na jakiej marki samochód się zdecydować, ustalmy budżet i parametry takie jak np. minimalna moc czy rodzaj nadwozia i obserwujmy, co oferuje rynek. Uwaga! Jeśli nie szukamy jakiejś rzadkiej wersji, to wyjazd po samochód dalszy niż 100-200 km powinien być dobrze przemyślany.

Kolejną opcją jest sprawdzenie oferty zaufanych sprzedawców, oferujących pewne i uczciwe samochody używane. Być może właśnie tam uda nam się od razu znaleźć ciekawy egzemplarz.

  1. Ogłoszenie wiele Ci powie

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy znajdujemy kilka ogłoszeń, które potencjalnie nas mogą interesować. Warto dokładnie się im przyjrzeć. Przede wszystkim zobaczmy, jak napisany jest opis, jak wykonane są zdjęcia i czy wszelkie podstawowe informacje są w nim zawarte. Standardowe ogłoszenie – takie, które jest jednocześnie najbardziej wiarygodne, to napisane szczerze przez właściciela bądź osobę handlującą samochodami (z tym, że robiącą to w sposób godny naśladowania). Jeśli w ogłoszeniu brakuje opisu, zdjęcia są niewyraźne, zrobione po ciemku, bez obrazu wnętrza, przysłowiowym kalkulatorem, bądź co gorsza na lawecie, to właściwie szkoda naszego czasu. To samo tyczy się opisów, których nie ma lub są pełne wykrzyknień: OKAZJA!!! JEDYNY TAKI !!!! TOP !!!! IDEAŁ !!! Te drugie sugerują nam handlarza i to w tym złym tego słowa znaczeniu. Brak opisu jest nieco lekceważący, bo skoro właścicielowi nie chciało się napisać kilku zdań, to i rozmowa z nim do przyjemnych na pewno nie będzie należała.

  1. Dzwonimy!

Rozmowa telefoniczna to bardzo ważna rzecz. Pozwoli nam ona ocenić usposobienie i charakter sprzedającego oraz dowiedzieć się, ile tak naprawdę wie o danym samochodzie. Warto do takiej rozmowy się przegotować. Zestaw standardowych pytań powinien jednak nieco się różnić, w zależności od tego czy dzwonimy do handlarza, czy do osoby prywatnej:

  • Komis: Tutaj oczywistym jest, że pytanie jak długo Pan/Pani użytkuje samochód nie ma sensu. Odpowiedź raczej nigdy nie zabrzmi: „Stoi mi na placu już pół roku i nie mogę chrupka sprzedać”. Tutaj warto spróbować dowiedzieć się, jak i czy w ogóle handlarz weryfikował historię pojazdu, czy auto ma polski przegląd, wiarygodną książkę serwisową, jest zarejestrowane, skąd zostało kupione, czy jest sprawne mechanicznie, czy całe wyposażenie działa. Dodatkowo dopytajmy o rodzaj umowy, stan ogumienia, lakieru, wnętrza, tapicerki, ewentualne wady. Zawsze warto pod koniec rozmowy zasugerować, że jesteście z drugiego końca Polski i nie chcecie jechać na darmo. Wtedy co uczciwszy sprzedawca doda jeszcze, że coś tam było lakierowane, gdzieś jest pęknięcie itd.
  • Osoba prywatna: tutaj pytań zadać możemy więcej, począwszy od tego, jak długo samochód jest w jego rękach, czy zna historię, którym jest właścicielem, co było wymieniane do tej pory lub nie a powinno, jak wygląda obecny stan techniczny, czy zbliżają się jakieś większe inwestycje. Jeśli trafimy na uczciwego sprzedawcę, wszystkie te podstawowe informacje powinniśmy w mniej lub bardziej rzetelny sposób uzyskać. Jeśli szukamy samochodu, który ma znane ogólnie wady fabryczne takie jak, np. duży pobór oleju, zbyt twarda uszczelka, niskiej trwałości rozrząd każdy prywatny użytkownik takiego egzemplarza będzie wiedział jak i czy w ogóle taki problem został rozwiązany 😊

Pamiętajmy, żeby nigdy nie negocjować ceny przez telefon. To jest mocno nie fair wobec sprzedającego. Jedyne akceptowalne pytanie to, czy na miejscu po oględzinach jest możliwość negocjacji tej ceny.

  1. Weryfikacja

Po rozmowie telefonicznej i zapisaniu informacji, które otrzymamy od sprzedającego przychodzi czas na ich weryfikację. To jest właśnie moment na sprawdzenie historii pojazdu poprzez VIN Dekoder sprawdzhistorie.pl. W zależności od tego, jaki raport VIN jest potrzebny można zdecydować się na dwa rodzaje, które pozwolą nam sprawdzić przeszłość samochodu, który nas interesuje.

a) Raport podstawowy: po wpisaniu VIN-u otrzymamy darmowe sprawdzenie VIN z informacjami podstawowymi oraz konkretnymi danymi, które otrzymamy po opłaceniu raportu.

b) Raport VIN z komentarzem eksperta: tutaj wpisujemy VIN pojazdu i swoje dane, a następnie wysyłamy do zespołu VIN dekodera sprawdzhistorie. Tam są one analizowane, sprawdzane są bazy danych i na ich podstawie jest wyceniany raport VIN. Wycena zależy od ilości dostępnych informacji oraz specyfiki samochodu, jaki będzie oceniany.

  1. Sprawdzenie raportu VIN

Tutaj mamy okazje skonfrontować uzyskane informacje z tymi, które zawarte będą w raporcie.
a) Darmowe sprawdzenie VIN pozwoli nam uzyskać podstawowe dane dotyczące samochodu, a to już pozwoli nam zweryfikować m.in. czy w samochodzie nadal znajduje się oryginalny silnik oraz czy pojazd posiada ten sam kolor, z jakim opuszczał fabrykę.
b) Raport VIN podstawowy zawierać będzie w zależności od tego, co opisane było w informacji podstawowej takie dane jak:

  • Pełne, fabryczne wyposażenie pojazdu
  • Raport z bazy pojazdów skradzionych
  • Historia przebiegów pojazdu zgłoszonych na badaniach technicznych i w serwisach
  • Historia uszkodzeń i wypadków
  • Dziennik użytkowania (pojazd prywatny, specjalny, taxi, itd.)
  • Zdjęcia pojazdu

c) Raport VIN z komentarzem eksperta, oprócz wszystkich danych zawartych w podstawowym raporcie VIN, będzie posiadał również dodatkowe informacje o eksploatacji wybranego pojazdu, ewentualnych jego wadach fabrycznych, przyszłych problemach, słabych i mocnych stronach, kosztach utrzymania i doświadczeniach użytkowników. Jeśli okaże się, że samochód jest powypadkowy, w raporcie VIN będą również informacje o skutkach tych uszkodzeń, o tym, czy samochód po takiej szkodzie nadal jest bezpieczny i na co zwrócić szczególną uwagę przy oględzinach.

  1. Oględziny

Jeśli słowa sprzedającego pokrywają się z danymi z raportu VIN, można przystąpić do ostatniej właściwie formy sprawdzenia samochodu. Pamiętając o tym, jakie informacje uzyskaliśmy, korzystając z dekodera VIN, trzeba umówić się ze sprzedającym na oględziny. Pamiętajmy, żeby nigdy nie robić tego w pojedynkę oraz po zmroku. O tym, jak takie oględziny powinny wyglądać, przeczytacie w jednym z kolejnych wpisów na blogu. Tymczasem, jeśli sami nie czujecie się na siłach, możecie zlecić oględziny danego egzemplarza specjalistą z sprawdzhistoire.pl

Zapraszamy Was do sprawdzenia możliwości VIN Dekodera sprawdzhistorie.pl. Przypominamy, że jako jedyni w Polsce oferujemy możliwość zakupu raportu VIN z komentarzem eksperta. Zawsze jesteśmy chętni do pomocy! 😊


Używane Renault Latitude — francuski Samsung

Renault przez wiele lat próbowało zdobyć segment E, ale niestety od czasów zakończenia produkcji modelu 25 szło mu co najwyżej średnio. Z następcą Vel Satisa było podobnie, ale używany Latitude może wcale nie być głupim pomysłem. Oczywiście pod warunkiem, że lubisz leniwe sedany i nie należysz do klubu ludzi wysokich.

A6 za cenę Passata

W dużym uproszczeniu oczywiście, ale tak było, kiedy w latach 2011-2015 w salonie Renault można było zamówić nowego Latitude’a. Samochód wymiarami przypomina Audi A6, a kosztował w podstawowej wersji niecałe 80 tysięcy złotych. W wielu artykułach pisano o tym, że to właściwie jakiś tam koreański Samsung SM5 III ze znaczkiem Renault. To prawda, ale serio nie ma się czego bać. Latitude to jest przerośnięta Laguna 3 i problemy z dostępnością części mogą wystąpić właściwie jedynie w przypadku napraw blacharskich. Stylistyka? Ekhm.. no nudne jest to auto niewiarygodnie, właściwie nie ma opcji, żeby ktokolwiek zwrócił na nie uwagę, ale niektórzy na pewno uznają to za plus. Proporcje nie są najgorsze, chociaż przód przed lifingiem w 2013 roku wygląda jakby miał progenię. Nie ma tutaj dużych grilli, ostrych przetłoczeń czy innych fajerwerków stylistycznych. Trochę jak w limuzynach Hyundaia sprzed 15 lat.

Renault Latitude tył
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Aleksandra

Czy Latitude == komfort ?

Miałem okazję trochę pojeździć Latitudem z dwulitrowym dieslem i naprawdę to całkiem wygodna, budżetowa limuzyna. Taki trochę Superb pierwszej generacji zaprezentowany parę lat później. Auto dobrze wybiera nierówności i jest stabilne nawet przy wyższych prędkościach, oczywiście podczas jazdy na wprost. Zakręty to trochę inna bajka. Renault ma tendencję do podsterowności, poza tym każda gwałtowniejsza zmiana kierunku powoduje charakterystyczne bujnięcie. Układ kierowniczy jest przy tym średnio precyzyjny i mocno wspomagany. Na szczęście większość silników nie ma oszałamiającej mocy, więc całkiem dobrze współgra z zawieszeniem. Co ważne, wszystkie jednostki można śmiało polecić. Wśród benzyniaków wyboru nie ma. Tylko jedna, dwulitrowa jednostka o mocy 140 KM i oznaczeniu M4R. To konstrukcja Nissana, jest trwała, ale sporo pali i nie tak idealna do gazu jak dwulitrówki Renault. Trzeba uważać na gniazda zaworów wydechowych oraz dbać o regulację luzów co 40–60k km. Poza tym wersje z tym silnikiem są rzadkie i z reguły biednie wyposażone. Lepiej kupić lagunę z 2.0T. Z dieslami jest lepiej. Mamy bardzo dobre silniki 2.0 dci 150 i 175 KM oraz 3.0 V6 240 KM. Mocniejsza dwulitrówka może być spięta z automatem, V6 tylko z nim. O dwulitrówce informacji jest mnóstwo, to bardzo trwały silnik z łańcuchem rozrządu. Zmieniając olej co 15 tyś. Km, spokojnie zrobi 500 tyś km, można go zachipować i uzyskamy około 200 KM bez straty dla niezawodności. Co ważne, trzylitrowy silnik nie ma nic wspólnego z motorem Isuzu montowanym w Espace IV czy Vel Satisie. Tamten nie dość, że nie jechał, to jeszcze miał skopany układ chłodzenia, osiadały tuleje cylindrowe, a to dopiero początek problemów. Zastosowany w Latitude silnik 3.0 V6 dci jest to tak naprawdę rozbudowany 2.0 dci. Bazuje na jego rozwiązaniach, ma duży moment obrotowy, jest trwały i podatny na tuning. Niedawno u znanego polskiego YouTubera można było obejrzeć Lagunę z tym silnikiem i przebiegiem ponad pół miliona, do którego dojechała bez większych awarii. Niestety, jak to w V6, jak już coś padnie, to koszy będą spore. Automat to porządna konstrukcja, która jednak przy próbach dynamicznej jazdy zapomina, do czego została stworzona. Każde wdepnięcie gazu powoduje dłuższy moment zawahania, tak jakby elektronika sterująca miała jakieś przerwy w zasilaniu. W skrzyniach manualnych trzeba też pamiętać o wymianie oleju i o tym, że są średnio precyzyjne i mają dość długi skok. Czasem nie chce wejść pierwszy bieg.

Renault Latitude jasna skóra
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Andrzej

Renault Latitude — więcej za mniej

Większość Latitudów jest bogato wyposażona. Łatwo znaleźć egzemplarze ze skórzaną tapicerką, masażem fotela kierowcy, pełną elektryką, systemem KeyLess (w Renault bardzo fajnie działa – polecam), trzystrefową klimatyzacją i takimi ciekawostkami jak, np. dyfuzor zapachów z dwoma różnymi, wymiennymi aplikatorami. Ogólnie projekt deski nie porywa, jest względnie nieźle spasowany, ale po latach słychać standardowe dla Renault trzaski i wibracje. Kierownica jest żywcem przejęta z Laguny, fotele mają nieco zbyt krótkie siedziska, a z tyłu brakuje miejsca na stopy. Kanapa jest składana, ale brakuje rękawa na narty.

Dla kogo Renault Latitude?

To chyba niezły pomysł na taksówkę, poza tym auto nadaje się dla każdego, kto lubi duże sedany, a niekoniecznie zależy mu na prestiżowej marce. Noi jeździł nim sam Zbigniew Boniek :D Latitude można potraktować jako Lagunę sedan, z trochę mniej dopracowanym podwoziem. Największy problem tego auta to fakt, że nikt o nim nie pamięta, poza tym – nie jest takie złe. Za około 25 tyś zł można kupić zadbany egzemplarz z wiarygodną historią. Co ciekawe sporo ofert, których ogólnie jest niewiele pochodzi z polskiej dystrybucji. Pamiętajcie przy tym, że mówimy cały czas o całkiem aucie segmentu E, które nie skończyło jeszcze 10 lat. Dlatego, jeśli szukacie niezawodnego, dużego sedana, nie jesteście zbyt wysocy, a wchodząc w zakręt nie uruchamia się w was wewnętrzny Robert Kubica to może warto zwrócić uwagę na Latitude? Kupno droższych egzemplarzy nie ma sensu, ten samochód nadal traci na wartości w szalonym tempie i jego odsprzedaż później łatwa nie będzie!

P.S. Jak już znajdziecie interesujący egzemplarz, to sprawdźcie jego historię, a jeśli będzie ok i zdecydujecie się na zakup, nie rozbijcie go. Nie chciałbym być w skórze kogoś, kto musi skompletować większą ilość części blacharskich do tego rydwanu.


Citroen C5 Carlsson V6 235

Ciekawe wersje popularnych samochodów — Citroen C5 I Kombi 3.0 V6 Carlsson

Citroen C5 pierwszej generacji sam w sobie bardzo ciekawy samochód. Jednak spotkać w całej Europie jego wyjątkowo rzadką wersję Carlsson jest obecnie o wiele trudniej niż włoski supersamochód na ulicach Warszawy.

Tuner Mercedesa na gościnnych występach we Francji.

Firma Carlsson to jeden z nadwornych tunerów Mercedesa, który już od 1989 oferuje klientom pełne pakiety poprawiające wygląda i osiągi samochodów producenta z Stuttgartu. Dzięki temu właściciele samochodów z gwiazdą na masce mogą bez skrępowania korzystać z opcji personalizowania swoich pojazdów czy to w zakresie technicznym czy wizualnym. Jednak w 2001 roku na targach motoryzacyjnych we Frankfurcie Carlssson zrobił wyjątek. Wraz z Citroenem pokazał owoc swojej współpracy w postaci Citroena C5 3.0 V6 Break Carlsson. Właśnie ta wersja miała przejściowo zastąpić wycofany z produkcji w 2000 roku model XM. Okazało się jednak inaczej, wersja Carlsson oferowana była stosunkowo krótko, a na model C6 klienci musieli czekać aż do 2005 roku.

Citroen C5 Carlsson – bez obciachu

Zaprezentowany na targach model wzbudził niemałą sensację. Citroen C5 zbierał wtedy dobre opinie za niezwykły komfort, bogate wyposażenie oraz ogromną ilość miejsca w środku. Miał również wyjątkowo luksusowo wykończone wnętrze z koniakową skórą, które jednak ze względu na koszty nie zostało wprowadzone do produkcji seryjnej. Od standardowej wersji kombi z zewnątrz Carlsson wyróżniał się dokładkami zderzaka z przodu i z tyłu, przeprojektowanymi halogenami i kratką wlotu powietrza, zmodernizowanym układem wydechowym z chromowaną, podwójną końcówką, progami bocznymi, innymi felgami, relingami w kolorze nadwozia i czarnymi obudowami lusterek bocznych. W środku otrzymywaliśmy zawsze bogate wyposażenie i czarno-niebieską, w pełni skórzaną tapicerkę. Zmieniono nieco nastawy zawieszenia hydropneumatycznego, mapę silnika, zmieniono dolot oraz wydech co pozwoliło uzyskać moc maksymalną zwiększoną z 207 do 235 KM. Wzrost momentu obrotowego o 35 Nm do wartości 320Nm pozwalał na osiągnięcie pierwszej setki po 8,5 sekundy i rozpędzenie się do 245 km/h. Szkoda, że całość spięto z czterostopniową skrzynią automatyczną, która mocno ograniczyła możliwości silnika. Dość wspomnieć, że wersja 207 KM z manualem przyspieszała jedynie o 0,2 sekundy wolniej od wersji Carlsson.

Citroen C5 3.0 V6 Carlsson
Zdjęcie z https://www.theparking.eu/used-cars-detail/citroen-c5-tourer/unieke-citroen-c5-3.0-v6-carlsson-break-aut-2004-grijs/9GSEVLNQ.html

Wo ist die Autobahn?

Zdecydowanie ten samochód stworzony był do jazdy po autostradach, pewnie nie tylko francuskich. Miał podebrać nieco klientów niemieckiej trójcy i trzeba przyznać, że jeśli chodzi o komfort jazdy to każdy Citroen C5 spisuje się znakomicie. Jego hydropneumatyczne zawieszenie posiada regulowany prześwit, podczas jazdy autostradą obniża samochód, a brak tradycyjnych sprężyn powoduje, że pasażerowie naprawdę mogą się poczuć zrelaksowani. Samochód miał w komforcie, ciszy i luksusie przewozić pasażerów z iście francuską gracją. W przypadku wersji Carlsson ja widzę jednak pewien dysonans. No bo co te sportowe akcenty z zewnątrz i niebiesko-czarna skóra mają się elegancji? Może chodziło o to, że C5 Carlsson nadawał się do dynamicznej jazdy po zakrętach? Niestety, nic z tych rzeczy. Każda wersja C5 I buja się w zakrętach jak tankowiec. Samochód wykonuje polecenia kierowcy, ale pierwsze dynamiczniejsze wejście w ciaśniejszy zakręt dobitnie uświadamia nam, że to dla niego męka. Nie mówię, że C5 dotyka bocznym lusterkiem asfaltu, ale uczucie w środku jest podobne. W Carlssonie przez zastosowanie szerszych opon w rozmiarze 225/40 R 18 było minimalnie lepiej, ale prawdziwej charakterystyki układu zawieszenia nie dało się oszukać. Przycisk SPORT tutaj kompletnie niczego nie zmieniał. Układ kierowniczy jest średnio precyzyjny, a skrzynia przedpotopowa. Ma 4 przełożenia i czasami zapomina o tym, że przecież służy w tym aucie do zmieniania biegów. Dlatego ten samochód idealnie sprawdza się jako rodzinny transportowiec lub połykacz autostrad. Byle z odpowiednią infrastrukturą bo spalanie tej wersji potrafiło przekroczyć 15l/100 km.

Citroen C5 Carlsson wnętrze
Zdjęcie z https://www.theparking.eu

Citroen C5 Carlsson - usterki i problemy

Niestety wersja Carlsson występowała tylko w przedliftach a to powoduje, że jeśli jakimś cudem udałoby Wam się ją kupić koniecznie skontrolujcie wiązkę elektryczną pompy LDS oraz działanie elektryki w tym klapek sterujących nawiewem. Poza tym standardowo na przeglądzie zwracamy uwagę na: metalowo-gumowe tuleje, sworznie przednich wahaczy, łączniki stabilizatora oraz stan łożysk tylnej belki. Jeśli widać negatyw tylnych kół to trzeba szykować się na wymianę. Warto skontrolować również działanie ręcznego, jak w każdym citroenie C5 I generacji blokuje on koła przedniej osi i często ulega awariom. Jeśli chodzi o silnik to 3.0 V6 jest bardzo trwałą jednostką, po zakupie warto wymienić rozrząd i sprawdzić czy nie cieknie spod pokrywy. Uwaga: C5 praktycznie nie rdzewieją, jeśli już to tylna klapa.

Dla kogo C5 Carlsson?

Zdecydowanie dla fana francuskiej motoryzacji i kogoś kto będzie umiał docenić ten niezwykle rzadki wóz. Nie wiem ile ich wyprodukowano, ale obecnie w Europie wystawiony jest jeden zadbany, egzemplarz a jego cena to 5700 Euro. JEDEN! Taniej myślę już nie będzie nigdy, więc sprawdzać, pakować lawetę i kupować. Owszem, 8,5 do setki nie zrobi wrażenia, większość ludzi nawet nie zorientuje się, że jedziemy niezwykłą wersją C5-ki Break, a na stacji benzynowej będziemy stałymi gośćmi. Nie chce też myśleć jak dramatycznie źle jest z dostępnością części blacharskich, charakterystycznych dla wersji Carlsson. Ale to nic. Zajedźcie takim Citroenem na spot miłośników marki, a od razu poczujecie, że było warto.
Swoją drogą jakby komuś było mało to silnik 3.0V6 jest bardzo trwałą jednostką, można mu wymienić wtryski i moce około 260 KM są jak najbardziej realne. Tylko nie zapomnijcie o zmianie sprzęgła bo seryjne nie ogarnie momentu :D

P.S. Citroen C5 drugiej generacji również oferowany był w wersji „by Carlsson”, ale to tylko zwykła C5 z przednim spoiler, progami bocznymi oraz nakładkami na tylny zderzak, więc nie warto jej poświęcać zbyt wiele uwagi.


Toyota Corolla IV T Sport

Ciekawe wersje popularnych samochodów – Toyota Corolla E12 T-Sport

Toyota Corolla to jeden z najlepiej sprzedających się samochodów na świecie. Wybierają go klienci flotowi i prywatni, jest wszechstronna, niezawodna… poprawna i nudna. Strasznie nudna. Owszem, obecna generacja ma udaną wersję hybrydową i przynajmniej z zewnątrz, według mnie, wygląda bardzo dobrze. Na początku XXI wieku ten model jednak wyglądał zupełnie inaczej i paradoksalnie to właśnie wtedy sprzedawana była jedna z ciekawszych wersji Corolli w ogóle.

Toyota Corolla E12 w wersji hothatch

W latach 04.2002–07.2005 Toyota oferowała swojego trzydrzwiowego hatchbacka w wyjątkowej wersi 1.8 T-Sport. Z zewnątrz tak naprawdę dość trudno go odróżnić od cywilnej wersji. Posiada wprawdzie specjalne felgi, dokładki progowe, nieco inne zderzaki, spojler na tylnej klapie, chromowaną końcówkę wydechu oraz nieco zmieniony grill ze znaczniem TSport, ale nadal niewiele odbiega od standardowej wersji Toyoty Corolli. Mniej wprawne oko może dojść do wniosku, że te zmiany to po prostu radosna inwencja twórcza jednego z poprzednich właścicieli lub jakiś pakiet dealerski. Z resztą nie ma się co dziwić, całość wygląda raczej średnio. Owszem można uznać za zaletę brak nachalności stylistów, ale wersja sportowa powinna być chociaż odrobinę bardziej charakterystyczna. Wewnątrz jest zresztą niewiele lepiej, zwłaszcza w wersji przedliftingowej. Ma ona w zasadzie jedynie inny zestaw zegarów i fotele z nieco lepszym trzymaniem bocznym. Poza tym jest szaro i gburowato. Jak w niemal każdej E12. Sytuacje ratuje fakt, że prawie zawsze znajdziemy dobre wyposażenie, takie jak kontrola trakcji, komplet poduszek, elektrykę szyb i lusterek czy automatyczną klimatyzację. Nie jest źle jak na 2002 rok. W Civicu type R witały nas zawsze trzy pokrętła. Polifty wyglądają zdecydowanie nowocześniej, a w środku znajdziemy w końcu sportową kierownicę wielofunkcyjną, białe zegary i fotele z lepszą tapicerką, jak na załączonym zdjęciu.

Toyota Corolla TSport wnętrze
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Karolina

VVTL-I taki VTEC tylko Toyoty

Właściwie to Yamahy. Bo właśnie pod maską czeka nas największa niespodzianka. Wolnossące 1.8. dobre, prawda? Wtedy Vectra z takim silnikiem miała 122 KM, a Mondeo 125. Tutaj jednak japońscy inżynierowie we współpracy z Yamahą wyposażyli go w zmienne fazy rozrządu, zmienne wzniosy zaworów, kute korbowody, cylindry wykonane ze specjalnych kompozytów, a efekt do dzisiaj robi wrażenie. 192 KM, 180 Nm momentu obrotowego osiąganego przy 8200 obr.min!!! Stosunek mocy uzyskanej z jednego litra pojemności jest nawet lepszy niż w ostatnich wolnossących Civicach Type-R. Całość sprzężona z sześciobiegową skrzynią, o dość precyzyjnych drogach prowadzenia. Zestopniowano ją tak, że na pierwszym biegu osiągamy około 75 km/h, a na drugim nieco ponad 110 km/h. Szkoda tylko, że drążek zmiany biegów jest za długi.
Takie parametry pozwalają na uzyskanie pierwszej setki już po około 7,4 sekundy i rozpędzenie się do 225 km/h. Średnie spalanie? Zależy, jeśli jeździmy delikatnie, to spokojnie w 8-9l/100 km będziemy w stanie się zmieścić. Korzystanie z górnego zakresu obrotowego winduje tą wartość do nawet 14l/100 km.

Co ciekawe, subiektywne odczucie jest nawet silniejsze niż w przypadku tak wychwalanego V-Teca Hondy. System VVTL-i działa brutalniej i daje większe poczucie dodatkowych zapasów mocy. Przy okazji silnik brzmi bardzo charakterystycznie, chropowato. W dodatku długie biegi pozwolą spod świateł objechać sporo mocniejszych samochód. Zwłaszcza diesli z manualem. Niestety, jak w każdej takiej jednostce elastyczność na niskich i średnich obrotach jest dyskusyjna. Ciekawostka: system VVTL-I działa dopiero, jak temperatura płynu chłodniczego przekroczy 60 stopni. Do tego momentu silnik nie rozwinie swojej maksymalnej mocy.

192 KM to za mało? Ok, damy Wam 225.

Tak, przez krótki okres, a dokładnie: 08.2005–12.2006 Toyota oferowała możliwość wyposażenia najmocniejszej wersji Corolli w kompresor. Pozwalało to na uzyskanie mocy maksymalnej 225KM przy kompletnie niezmienionej konstrukcji silnika. Moment obrotowy wzrósł ze 180Nm do 230Nm, a osiągi pozwalały w końcu na pełne konkurowanie z Hondą Civic TypeR.
0-100 km/h – 6,8 sek.
V-max – 235 km/h

Samochód miał zmieniony wydech (po jednej końcówce z obu stron zderzaka), lepsze hamulce. Silnik nadal bardzo harmonijnie rozwijał moc, nie męcząc brakiem osiągów przy niskich obrotach. Według testujących takie zestawienie w Toyocie dawało bardzo pozytywny efekt. Znalezienie jednak takiej wersji jest niezwykle trudne. Trudno się dziwić, jeśli nowa kosztowała o około 7 tyś euro więcej niż standardowa wersja T-Sport…

Corolla T-Sport – czy Toyota umie w hothatche?

Chyba umiała w auta sportowe – każdy pamięta Celice, Supre. Yaris Grimm nie robi furory, może najnowsza wersja to zmieni – przynajmniej zapowiedzi tak sugerują. Kiedyś w każdym razie umiała średnio. Obniżone o 20 mm zawieszenie i hamulce nie do końca nadążają za całą resztą. Owszem przednie kielichy zostały spięte hydrauliczną rozpórką, zastosowano większe hamulce, ale w Corolli T-Sport siedzi się dość wysoko, a samochód ma tendencje do podsterowności. To płużenie przodem można na szczęście dość łatwo korygować, ujmując gaz w odpowiednim momencie, ale w zwykłym Focusie 1.6 z tamtych lat nie trzeba było. Pod warunkiem, że miał sprawny zawias. Samochód przechyla się trochę za bardzo, w dodatku pół-kubełkowe fotele mają dość słabe trzymanie boczne, zwłaszcza podczas wchodzenia w ciaśniejsze zakręty i to trochę psuję zabawę.

Używana Toyota Corolla IX T-Sport awarie.

Toyoty się nie psują. Taka panuje często opinia na rynku i nierzadko ma sporo wspólnego z prawdą. W przypadku Corolli T-Sport to będzie niestety loteria. Dlaczego? Przede wszystkim kwestia awaryjności zależeć będzie od tego, jak auto było wcześniej użytkowane. Sam silnik wydaje się być bardzo trwałą jednostką, ale po tylu latach wymiany może wymagać już łańcuch rozrządu czy koło zmiennych faz rozrządu. Ponadto zwrócić trzeba uwagę na rdzę. Zwłaszcza podwozie potrafi już wyglądać bardzo kiepsko, belka, wahacze — konserwacja obowiązkowa. Poza tym matowieją reflektory, a intensywnie eksploatowane egzemplarze mogą zacząć spalać olej.

Toyota Corolla E12 TSport zderzak
Zdjęcie z otomoto.pl
Autor: Karolina

Czy Toyota Corolla E12 T-Sport ma sens?

Dla mnie to samochód stricte dla miłośników wysokoobrotowych jednostek, którym zależy na tym, żeby kompletnie nie rzucać się w oczy. Taka właśnie jest Toyota Corolla E12 T-Sport i chyba dlatego nie odniosła sukcesu. Z zewnątrz niemal wszyscy pomylą ją z standardowym samochodem dla grzybów. Nawet gdy zajrzy do środka nic go nie zaciekawi – w końcu mało kto zwraca uwagę na to, gdzie zaczyna się czerwone pole na obrotomierzu. Kręcący się w nieskończoność silnik i spojler na klapie to trochę mało w tym segmencie. Jeśli jednak nie zależy Wam tak bardzo na prowadzeniu, a chcecie mieć po prostu dynamiczne daily to możecie spróbować poszukać Corolli T-Sport. Powinna być mniej zmęczona i jest szansa, że nie była kilka razy w tygodniu katowana na nielegalnych wyścigach po mieście. Nikt też nie przypnie Wam łatki hondziarza, jeśli ma to jakieś znaczenie.
Na rynku znajdziecie kilka egzemplarzy tego modelu, ceny za zadbane egzemplarze oscylują wokoło 15-19 tyś zł. Płacenie za Corolle TS 25 tyś zł to wg mnie przesada. Myślę, że można się negocjować, bo mało kto szukając stosunkowo taniego hothatcha w ogóle bierze pod uwagę ten model. Ludzie po prostu nie pamiętają, że istniał. O ile części eksploatacyjne są powszechnie dostępne o tyle z częściami charakterystycznymi dla tej wersji może być problem. Silnik 1.8 VVTL-I montowany był w Corolli T-Sport, Celice VII i… to tyle. Jeśli uda się Wam znaleźć zadbany egzemplarz, na pewno jeszcze trochę posłuży. Czy warto? Jeśli jesteście fanami Toyoty i japońskiej motoryzacji, myślę, że tak. Ja pewnie zagryzłbym zęby, szukając niezajechanego Leona Cupra R, albo Meganki 2 RS, ale to Wasza piaskownica i Wasze zabawki.
Pamiętajcie, żeby po znalezieniu interesującego egzemplarza sprawdzić jego numer VIN lub po prostu zapytać nas na naszym FB o opinię. Zawsze chętnie pomożemy! 😊

 

 

 

 

 


Samochody używane

Jak koronawirus wpłynie na rynek samochodów używanych w Polsce?

Właściwie to pytanie powinno brzmieć: Jak SARS-CoV-2 wpłynął na rynek, bo sytuacja już ma miejsce i co gorsze wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie niewiele się w tym temacie poprawi.

Do tej pory wszystko szło względnie gładko. Mimo pojawiania się dużych firm, nawet międzynarodowych, handlujących samochodami na ogromną skalę, firm odkupujących auta poleasingowe, czy w końcu upowszechniania się wynajmu długoterminowego, import samochodów używanych do Polski wciąż się rozwijał. Z danych opublikowanych przez SAMAR wynikało, że w samym tylko 2019 r. przywieziono do Polski ponad 1 milion samochodów używanych!

Średni wiek sprowadzonego auta wyniósł 12 lat. Dominowały marki takie jak Volkswagen, Audi, Ford, Opel pochodzące z rynku niemieckiego, francuskiego i belgijskiego. Na samochody klientów nie brakowało, bo Polacy wciąż bardzo chętnie wybierają używane pojazdy i ja osobiście nie widzę w tym nic złego pod warunkiem, że o nie dbają. Niestety pandemia koronawirusa spowodowała, że niemal z dnia na dzień handel samochodami gaśnie.

Koronawirus zatrzymał handel samochodami

Dotychczas jedynym zmartwieniem osób sprzedających samochody używane było to, czy klientowi spodoba się oferowany pojazd i czy dany egzemplarz nie będzie mu wrastał na podwórku przez najbliższe pół roku. Tyczy się to oczywiście uczciwych sprzedawców, a takich na szczęście w naszym pięknym kraju z roku na rok przybywa. Ci mniej prawi mają też pewnie inne zmartwienia, ale teraz nie o tym. Tymczasem około dwa tygodnie temu zaczęły do mnie docierać sygnały o pierwszych odwołanych oględzinach. Tłumaczenia podobne: „Wie Pan, no ładne, ale daleko trochę mam do Pana, a teraz nie wiadomo co z tym koronawirusem, chyba odpuszczę”. Prawdziwy problem zaczął się jednak wraz z kolejnymi ograniczeniami wprowadzanymi przez polski rząd.

Korki na granicach i przymusowe kwarantanny

Nie oceniam słuszności zastosowanych tutaj środków zapobiegawczych, chociaż patrząc na Włochy wydaje się, że innego wyjścia nie było. Chodzi jedynie o opisanie konsekwencji, jakie ona za sobą niesie. Część kierowców lawet utknęła w wielokilometrowych korkach, co więcej niektórzy z nich wysłani zostali na obowiązkową kwarantannę dwutygodniową, której złamanie wiąże się z przykrymi konsekwencjami finansowymi. Co więcej, nawet jeśli skupimy się tylko na profesjonalnych firmach świadczących usługi transportowe, to i tak import znacznie zwolni. Przekraczanie granic stało się o wiele trudniejsze niż jeszcze kilkanaście dni temu.

Kurs euro w górę, ceny również, a #zostańwdomu szybko się nie skończy

Samochody za granicą kupowane są głównie w Euro. To nikogo nie dziwi, kiedy jednak euro drożeje, to i handel staje się mniej opłacalny. Sprzedaż po kosztach czy ze stratą kompletnie się nie kalkuluje i nie pomogą w tym niskie ceny paliwa, a polski klient najczęściej nadal wyjątkowo dużą uwagę przykłada do ceny. Memy o wymaganiach klienta nieproporcjonalnych do posiadanego budżetu mają w sobie sporo prawdy. Co więcej zakup samochodu zawsze wiąże się z oględzinami, bezpośrednim kontaktem ze sprzedającym, krótszą lub dłuższą podróżą i wydatkami, które w czasie pandemii ograniczają się do realizowania najważniejszych potrzeb, zwłaszcza że coraz więcej branż zaczyna odczuwać skutki koronawirusa. Akcja #zostańwdomu oraz kolejne informacje napływające z mediów skutecznie zniechęcają potencjalnych klientów do podjęcia decyzji o zakupie samochodu. Kolejna kwestia to ograniczenia w działaniach urzędów rejestrujących pojazdy, biur tłumaczeń, itp.

Jak będzie wyglądał handel samochodami w trakcie pandemii SARS-CoV-2?

Obecnie jedyne samochody, które jeszcze udaje się sprzedać względnie szybko to te, których cena nie przekracza 15 tyś zł i obowiązkowo są zarejestrowane w Polsce. W salonach i komisach pustki. Przeglądając portale z ogłoszeniami, już widać spadek ilości anonsów dodawanych codziennie oraz mniejszą aktywność handlowców. Dobrze, że chociaż największy portal z ogłoszeniami automatycznie przedłużył ich wartość bez wnoszenia dodatkowych opłat. Warto również wspomnieć, że tworzona w bólach tarcza antykryzysowa wydłuża z 30 do 180 dni maksymalny czas na zarejestrowanie pojazdu sprowadzonego z UE. Czy to wystarczy? Nie wiadomo.
Niektóry handlarze widzą najbliższą przyszłość w czarnych barwach i niestety mogą mieć w tym sporo racji. Obecnie większość osób stara się zagwarantować sobie podstawowe potrzeby, ograniczyć wydatki i chronić siebie i najbliższych przed zagrożeniem. Nie można mieć więc pretensji o to, że handel stanął, przynajmniej — nie do kupujących. Handel próbuje przenieść się do sieci, komisy oferują dostarczenie auta pod dom, minimum formalności, szczegółowe zdjęcia. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli ktoś nie jest zmuszony przez sytuację losową raczej na pewno odłoży zakupy w czasie. Co więcej nikt o tym nie mówi, ale wiele osób skutki finansowe pandemii koronawirusa odczuwać będzie o wiele dłużej niż sam wirus będzie tak silnie obecny w naszej rzeczywistości. To właśnie paradoksalnie może okazać się jeszcze większym problemem, który najbardziej doświadczy, jak zawsze pozostawionych samym sobie, a napędzającym gospodarkę, drobnym przedsiębiorcą.

Sam nie będę Was namawiał do zakupów w tym trudnym dla nas wszystkim okresie. Przeglądać jednak ogłoszenia warto, ceny na razie nie powinny urosnąć, być może część sprzedawców zdecyduje się je nawet obniżyć, by utrzymać obroty na jakkolwiek akceptowalnym poziomie. Warto natomiast śledzić rynek i, gdy wpadnie Wam jakiś ciekawy egzemplarz w oko, sprawdzić jego historię, korzystając z najszerszej bazy danych i zamawiając raport VIN z komentarzem eksperta.

 

 


Lekko uszkodzone samochody używane

Samochody używane "lekko uszkodzone", złoty biznes kwitnie w najlepsze.

Temat jest prosty: Tata kolegi szuka dużego SUV-a. Wymagania ma konkretne: Pełna faktura VAT, Diesel minimum 200 KM, rocznik jak najświeższy, przebieg maksymalnie 120 tyś km i cena nieprzekraczająca około 100 000 zł netto. Tym razem jednak nie pokaże Wam co ciekawego w tych pieniądzach można kupić, ale na jakie kwiatki można trafić oglądając ogłoszenia.

Delikatne uszkodzenie ma uśpić czujność kupującego.

Mój research trwał krótko i ponieważ obecnie użytkowane jest A6 C6 po lifcie zaproponowałem zadbane Q7 pierwszej generacji z końca produkcji lub 2x VW Touareg II z 3.0 TDI pod masą. Wszystkie trzy auta były z polskiego salonu, miały pełną historie serwisową w ASO i wydawały się być godne zaufania. Niestety mój entuzjazm nie został podzielony i temat na chwilę umarł. Do czasu, kiedy kolega podesłał ogłoszenie z lekko uszkodzonym Jeepem Grand Cheeroke z 2017 roku. Przebieg to niecałe 30 tyś km, jeden właściciel, bogata wersja no i oczywiście handlowy opis: pali i jeździ. Przeglądnąłem zdjęcia, widzę, że poduszki wystrzelone, maska pogięta, atrapa złamana, a lampy całe jedynie jeden klosz pęknięty, błotnik pognieciony, widać już rdzę, zobaczcie z resztą sami:

Jeep Grand Cheeroke - uszkodzony przód
Autor MS

Zapaliła się czerwona lampka. Uszkodzenia pasują mi ewentualnie do zgarnięcia z pobocza jakiegoś jelenia, ale wtedy po zamortyzowaniu uderzenia zwierzę powinno uszkodzić przednią szybę, a ta wydawała się nietknięta. Kolejna kwestia to wystrzelone poduszki powietrzne kierowcy i pasażera przy stosunkowo niewielkim uszkodzeniu miejsc, w których znajdują się czujniki zderzeniowe. Co więcej stopień zdeformowania błotników sugerował raczej całkowite zmielenie pasa przedniego i raczej niemożliwe, żeby lampy i zderzak przetrwał w takim stanie jak na załączonym zdjęciu. Ponadto maska wyglądała jak dosłownie wyklepana młotkiem. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie cena wynosząca 76 600 zł brutto! Szybka kalkulacja w przypadku gdy za samochód zapłacimy 75 000 zł: same części oryginalne to koszt około 15-18 tyś zł + robocizna… zamkniemy się w ~110 tyś zł brutto bez problemu. Tymczasem najtańszy taki w pełni sprawny Jeep z 2017 roku to wydatek co najmniej… 155 000 zł. Tu coś musiało być nie tak… i było.

Nigdy nie jedź na oględziny samochodu sam.

Nadrzędna zasada, którą sam złamałem przynajmniej 2 razy, na szczęście jakimś cudem miałem tyle zimnej krwi, że udało mi się kupić bardzo zadbane samochody. Raz był to Civic, raz Laguna. Tutaj kolega pojechał obejrzał i już miał zabierać. Na szczęście dla pewności wziął wykwalifikowanego blacharza po odbiór i co się okazało? Samochód zaliczył porządnego dzwona, został na sztukę złożony, wymieniono kilka części, wsadzono zderzak i lampy z lżej uszkodzone Jeepa oraz co najgorsze: wyciągnięto podłużnice !!! W takim stanie wystawiono go na sprzedaż…

Lekko uszkodzone samochody to nienowa, ale wciąż mocno usypiająca czujność potencjalnych nabywców metoda handlarzy na szybki zarobek. Przykład opisany wyżej to tylko jeden z wielu, które obecnie spotkać można na portalach aukcyjnych. Metoda taka popularna jest zwłaszcza wśród osób sprowadzających samochody z USA. Kupowane są mocno uszkodzone, lepione tak żeby wyglądało jakby prawie nic się nie stało i sprzedawane jako takie, które co najwyżej uczestniczył w lekkiej stłuczce czy obcierce. Zachowajcie czujność, wbrew pozorom takie oszustwo jest dość łatwo odkryć. Jak? Przede wszystkim należy trzymać się kilku zasad:

  • Zawsze w przypadku nawet niewielkiego uszkodzenia trzeba dokładnie zweryfikować stan podwozia. Wiele uderzeń w tył kończy się, np. powierzchownymi zadrapaniami i… przemieszczeniem podłogi.
  • Jeśli to możliwe sprawdźmy w okolicy uszkodzenia czy nie dostały zamontowane nowe lub pochodzące z innego samochodu części.
  • Nowe poduszki silnika, węże, przewody mogą sugerować przemieszczenie jednostki napędowej. Jeśli samochód jeździ o własnych siłach spróbujmy zrobić mała rundkę i zobaczyć czy nie wyskoczą jakieś dodatkowe błędy.
  • Zachowajmy zdrowy rozsądek i sprawdźmy czy uszkodzenia wyglądają na naturalne.

Ostatni punkt jest najważniejszy. Każdy widział nie raz powypadkowy samochód. Zniszczenia powinny być regularne i pasujące do siebie. Nie trzeba być rzeczoznawcą żeby ocenić że wyklepany lekko błotnik sugeruje, że został on w wyniku siły uderzenia zgięty w jakiejś części. Skoro tak to jakim cudem zderzak jest jedynie porysowany, a lampy są wyrwane z zaczepów, ale całe lub delikatnie pęknięte? Bądźcie czujni bo rynek pełny jest takich kwiatków.

Czy sprawdzenie numeru VIN uchroni nas przed taką niespodzianką?

Tak. Jest duże prawdopodobieństwo, że sprawdzenie numeru VIN pozwoli nam zobaczyć zdjęcia jakie wykonał rzeczoznawca ubezpieczeniowy bezpośrednio po wypadku i wtedy przekonamy się jak faktycznie wyglądał samochód po zderzeniu. Od razu uprzedzam, że po tym co sam widziałem, nieraz możecie być w szoku po tym co ukarze się Wam po zakupie raportu VIN. Masz taki samochód na oku? Skorzystaj z naszego VIN Dekodera i nie daj się oszukać.

Jeśli sam znasz podobną historię dodaj komentarz i pozwól innym skorzystać z Twojej wiedzy i doświadczeń!